100 lat za murzynami – tak mówiło się kiedyś, często w odniesieniu do polskich, PRLowskich realiów, gdy chciało się opisać przestarzałość i nieaktualność jakichś mechanizmów – społecznych, kulturowych, albo i czysto technicznych.
A tak naprawdę, to przecież bardzo wygodna sytuacja. Po pierwsze – nie cierpimy z powodu braku czegoś, czego nie znamy, dopóki się to nie pojawi lub się o tym nie dowiemy. Po drugie, mniej filozoficzne a bardziej praktyczne - jest fajnie, bo nie trzeba niczego wymyślać. Wystarczy przyjąć Nowe z otwartymi rękoma.
Przenosząc te wywody na rodzimy grunt: ebay jest fajny? robimy allegro, moderato, świstato itp; ludzie ”na zachodzie” korzystają z programów snajperskich? robimy takiż i zarabiamy milion;
A weźmy Web 2.0 (najlepsza ostatnio znaleziona przeze mnie definicja web2.0: nie da się ukryć, że coś się dzieje”) – tutaj mechanizm jest jeszcze szybszy. Ktoś wymyślił że obywatelstwo dziennikarskie? – proszę bardzo; że takie coś jak digg jest fajne? mówisz i masz; że youtube jest wogóle też bardzo fajne? no pewnie.
Powyższe wywody to żadna odkrywcza obserwacja, nie jest to też żaden zarzut wobec takich działań. Po prostu stwierdzeni faktu – że miejsce gdzieś tam raczej na końcu, może w środku, ale raczej nie na czele peletonu, ma swoje duże korzyści. No bo ci biedni Amerykanie – na kim mają się wzorować? Gdzie podpatrywać, czy się sprawdziło, czy się spodobało? Gdzie szukać inspiracji? Są skazani na próby, ryzyko, błędy i wypaczenia. A my (czyli prawie całą reszta świata) siedzimy i patrzymy: sprawdza się – bierzemy, nie sprawdza się – nie bierzemy. Mały koszt, małe ryzyko. Kto pierwszy (weźmie) ten lepszy. Istniejące wyjątki zazwyczaj tylko potwierdzają regułę.
To takie przemyślenia na początku nowego roku.